Po katastrofie został tylko krzyż z którego cięzko cokolwiek odczytać
Zdjęcie

Po katastrofie został tylko krzyż z którego cięzko cokolwiek odczytać

Zdjęcie
sebaqgti
24
0 Komentarze

Historia

"Tragiczna data Walburga i Eugeniusz Węgrzykowie w swoich „Szkicach z historii Nieznaszyna” piszą: „W listopadzie 1939 roku w Sukowicach wydarzyła się tragiczna katastrofa kolejowa. Zderzyły się pociągi relacji Kędzierzyn - Baborów i Baborów - Kędzierzyn. Odgłosy zaistniałego w godzinach 19.30-20.00 zderzenia były słyszalne na odległość kilku kilometrów, m.in. w Nieznaszynie. Zginęło kilka osób, w tym mieszkańcy naszej wioski”. Miłośnicy lokalnej historii popełnili tu jeden zasadniczy błąd. Relacje wprawdzie różnią się nieco od siebie, ale skala zdarzenia była znacznie większa, niż to napisano w nieznaszyńskich „Szkicach”. Zginęło kilkadziesiąt osób, a kolejnych kilkadziesiąt zostało rannych. Jak się okazuje, była to największa katastrofa kolejowa na Śląsku. Fatalna decyzja zawiadowcy Linia Kędzierzyn - Baborów była jednotorowa. Do mijanki pociągów z obu miast dochodziło więc na stacji w Polskiej Cerekwi. W niedzielny wieczór, 12 listopada 1939 roku, pociąg z Kędzierzyna odjechał z opóźnieniem około półgodzinnym. Mijanka została więc przełożona o kilka kilometrów dalej, na mniejszą stację w Sukowicach, dysponującą do dzisiaj bocznicą. Do takich sytuacji sporadycznie dochodziło już wcześniej i zawsze obywało się bez komplikacji. W Zakrzowie tego dnia odbywał się tzw. kiermasz - świętowano rocznicę poświęcenia kościoła. Na uroczystości zjechały setki ludzi z bliższych i dalszych miejscowości. Około godziny 19.00 spora część przyjezdnych udała się w stronę stacji w Sukowicach. Stamtąd za kilkanaście minut odchodził osobowy do Kędzierzyna. W tym czasie doszło do raptownej zmiany pogody. Zerwała się wichura, sypał gęsty śnieg. Na stacji czekał spory tłum podróżnych obładowanych bagażami. Części osób nie udało się dostać do wnętrza pociągu z Baborowa. Był on bowiem przepełniony, a pasażerowie byli w nim stłoczeni jak sardynki w puszce. Wielu mieszkańców Długomiłowic i okolicznych wiosek postanowiło, pomimo złej pogody, udać się do swych domów na piechotę. Jeszcze nie wiedzieli, że w ten sposób uniknęli śmierci lub kalectwa. Wśród pasażerów było wielu żołnierzy, szczególnie z 84. pułku piechoty, którzy pierwszy raz od wielu tygodni dostali niedzielne przepustki. Nie udzielano ich przedtem, gdyż wszystkie jednostki były postawione w stan pogotowia. Od sześciu tygodni trwała bowiem II wojna światowa. Wiele osób wracało od krewnych i znajomych na wsi z prowiantem. W tym czasie większość artykułów spożywczych była już w III Rzeszy reglamentowana. Niektórzy jechali do pracy do Koźla lub na Śląsk, a uczniowie do szkół. O godz. 19.18 pociąg z Baborowa miał ruszyć planowo do Długomiłowic. Zawiadowca stacji, zakrzowianin o nazwisku Rzeczyński, dał sygnał do odjazdu z kilkuminutowym opóźnieniem. Prawdopodobnie zapomniał, że na jednotorowym odcinku pomiędzy stacjami Długomiłowice i Sukowice znajduje się jeszcze pociąg osobowy z Koźla do Baborowa. Krajobraz po katastrofie W wyniku fatalnego niedopatrzenia zawiadowcy doszło do zderzenia obu składów kilkaset metrów od stacji, ponad sto metrów od krzyżówki torów z drogą Sukowice - Długomiłowice. Skład z Kędzierzyna właśnie zwolnił przed zakrętem i niewielką górką, skład z Baborowa dopiero nabierał prędkości. Obsługa jednej z lokomotyw, widząc, co się święci, wyskoczyła z pociągu, obsługa drugiej nie zdołała uciec. Huk zderzenia był potężny, słyszany w promieniu kilku kilometrów. Obie lokomotywy stworzyły taki kłąb żelastwa, że kolejne dwie nie zdołały ich rozczepić. Dopiero palnikami udało się je rozciąć. Z rozbitych parowozów buchały kłęby dymu, a uciekająca para gwizdała przeraźliwie. Pierwszy wagon z Baborowa został całkiem zmiażdżony, drugi do połowy. Następny przesunął się na dach innego wagonu. Gerhard Wawrzik z Sukowic sądzi, że parowóz jadący z Kędzierzyna popchnął lokomotywę z Baborowa do tyłu i to ona wzięła pod siebie i zmiażdżyła pierwszy wagon. Jest bowiem pewny, że oba składy - czy raczej ich resztki - pozostały na torach. Wszędzie było słychać jęki rannych i konających. Na miejsce katastrofy docierali, zwabieni hukiem, mieszkańcy Sukowic, Zakrzowa i innych okolicznych wsi, próbując ratować zakleszczonych we wrakach wagonów. Po kilkudziesięciu minutach nadjechał z Baborowa pociąg sanitarny (Lazarettzug) i drugi ze specjalistycznym sprzętem (być może był tylko jeden skład z lekarzami i sprzętem; relacje świadków nie są zgodne). Wagony rozcinano palnikami, siekierami i piłami, żeby wydostać uwięzionych żywych i zmarłych. Lekarze operowali ciężko rannych na miejscu. Potem transportowano ich do szpitali w Koźlu, Głubczycach, Raciborzu i Opawie. Na miejsce wypadku przybył też ks. Johann Waletzko z Długomiłowic, który oddawał ostatnie posługi umierającym, wspierał duchowo rannych i przerażonych pasażerów. Przyjechały okoliczne straże pożarne, komisja Czerwonego Krzyża, a nawet oddział ratunkowy NSDAP. Niektóre ciała ofiar były tak porozrywane, że ich identyfikacja była niemożliwa. Resztki ludzkie składano w trzech dużych, metalowych pojemnikach. W celu identyfikacji ofiar utworzono specjalny zespół złożony z lekarzy i policjantów, który próbował szczątki owe składać w jakąś względną całość. Nie zawsze się to udawało. Zwłoki zabitych układano pod nasypem kolejowym, tuż obok miejsca tragedii. Potem zmarłych przeniesiono do sukowickiej szkoły (dziś budynek prywatny) i położono na słomie. W dzisiejszym GS-ie była restauracja, a obok niej sala, w której następnego dnia ustawiono trumny z zabitymi. Na placu obok tych budynków pożegnano później z orkiestrą zmarłych, a pluton żołnierzy z Koźla oddał trzy salwy honorowe. Trumny zabrały rodziny" http://gazetylokalne.pl/a/jechal-pociag-z-daleka-ale-juz-nie-jedzie

Komentarze

Brak komentarzy

Bądź pierwszy! Podziel się swoją opinią, zadaj pytanie lub napisz, co najbardziej spodobało Ci się na tym zdjęciu.

Tak powstało zdjęcie

FirmaNokia
ModelLumia 520
Ogniskowa0 mm
Przysłonaf/2.4
Czas2486/1000000 s
ISO100

Menu